piątek, 10 stycznia 2014

baby bluesy

Za Baby Blues odpowiada Państwowa Służba Zdrowia..
Za MÓJ Baby Blues, a raczej prawie-depresję-poporodową odpowiada szpital, w którym rodziłam - jestem o tym przekonana.


Po pierwsze - co to za polityka, że jak mnie zabierają na porodówkę to nie pozwalają przyjechać mężowi - 'bo jeszcze za wcześnie' ?! Dla mnie było w sam raz - wpadłam w histerię przeplataną z bolesnymi już skurczami na godzinę. Wtedy łaskawie zgodzili się żeby przyjechał.



Po drugie - co to za położna krzyczy, że tak się nie oddycha?! Jak nie tak, to proszę pokazać jak, ja jestem pierwszy raz w danej sytuacji, boli jak cholera, ciężko się skupić i pamiętać JAK oddychać. Nie trzeba krzyczeć. Trochę empatii.



Po trzecie - po porodzie podobno przysługuje Mężowi pobyt 3 godzinny w tzw. bocianim gnieździe. Mojego wygonili po pół godziny i od tego momentu zostałam z synkiem sama. Obolała. 'Wykrwawiająca się'. SAMA.



Po czwarte - raz usłyszałam, że nie dostanę świeżego prześcieradła (synek miał wypadek na łóżku...), bo jest niedziela i nie mają tyle wypranych - na szczęście tego dnia wypuścili mnie do domu...



Po piąte - raz usłyszałam zarzut - czemu nie poproszę o świeże prześcieradło, skoro zakrwawiłam to na którym spałam - nawet nie zdążyłam bo jak tylko zakrwawiłam, to trzeba było dziecko przewinąć..



Po szóste: 4 rano, po godzinie płaczu proszę o mleko w butelce, bo nie możemy się nakarmić i instrukcje.

' - Jak to nie potrafi pani nakarmić butelką?! 
- Nigdy tego nie robiłam, to moje pierwsze dziecko...
- Źle go pani trzyma!
- No to jak mam go trzymać?!
- I nie całą butelkę tylko 20 ml!!'


Po siódme:

' - Dlaczego pani nie przemywa pępka?!
- Bo wczoraj pytałam i mi nie kazano... Powiedziano żeby zostawić...
- Nikt pani tak nie mógł powiedzieć!!!"


I mogłabym tak wyliczać w nieskończoność zachowania świadczące o całkowitym braku empatii ze strony położnych i lekarzy... Jakby dodać do tego, że po nacięciu nie da rady usiąść i każdy ruch wywołuje wielki ból, do Ciebie nikogo nie wpuszczą, nawet męża, żeby chociaż na chwilę Cię odciążył, nikt nie pokaże Ci jak przewinąć, przebrać, nakarmić dziecko - wszystko na Twojej obolałej głowie. Ale działasz, pod wpływem adrenaliny i dopiero jak Cię w końcu wypiszą, wrócisz do domu, to zaczyna z Ciebie adrenalina schodzić, a nachodzi coś dużo gorszego... Baby blues, albo nie daj Boże depresja. Oczywiście w tym czasie masz nawał pokarmu, więc oprócz okropnego samopoczucia, płaczu, myślisz że Ci cycki wybuchną. Możesz dostać od tego gorączki i nawet przekonania, że jest tak źle, że zaraz umrzesz. Nie śpisz, każde westchnięcie dzieciątka Cię pionizuje...



I jak dobrze pójdzie, to minie to po paru dniach. W tym czasie bardzo ważna jest opieka najbliższych i wsparcie, które postawi na nogi. Ważne jest zdjęcie szwów, które umożliwi Ci fizyczne funkcjonowanie. I kapusta na cycki. Trzeba sobie uświadomić, że to jest normalne i każda przez to przechodzi. Ale gdyby nie przeszło, należy poradzić się specjalisty, żeby nie doprowadzić do trudniejszej w leczeniu depresji poporodowej.

wtorek, 31 grudnia 2013

prawdziwy mężczyzna

Dzięki Bogu powoli odchodzi w zapomnienie przekonanie, że prawdziwy mężczyzna to ten twardy typ co to do domu wypłatę przynosi i nic poza tym nie robi. A dziećmi to zaczyna się interesować w momencie, gdy już może razem z nimi bawić się kolejką lub jeździć na quadzie.

Dziś już wiadomo, że prawdziwy mężczyzna nie boi się ścierki, odkurzacza, żony w połogu, kupy w pieluszce czy wyparzenia laktatora (w dodatku wie co to jest i do czego służy!). Nie wyobrażam sobie, by ojciec nie chciał przytulić i przebrać swojego dziecka, wykąpać, powygłupiać się do niego i bujać godzinami, gdy nie może zasnąć. Nie wyobrażam sobie też by nie chciał być przy narodzinach swojego dziecka, żeby nie widzieć żony w - nie oszukujmy się - mało korzystnym świetle... Nie wyobrażam sobie, by zaraz po porodzie nie robił (zamawiał, organizował..) śniadań, obiadów, kolacji, nie przynosił kawy, herbaty, soków, podczas gdy żona jeszcze dochodzi do siebie po trudzie narodzin...

A tak naprawdę, wychodząc za mąż, czy też wiążąc się z danym mężczyzną nie możemy mieć żadnej pewności co to będzie w momencie gdy na świecie pojawi się potomek. Myślę, że nawet największa miłość może zgasnąć, jeśli mężczyzna nie okaże się mężczyzną prawdziwym.

Ja sama do tej pory nie byłam świadoma ile szczęścia mam i to tuż pod nosem. Bo mój Szanowny Małżonek w chwili próby okazał się stu-procentowym, najprawdziwszym mężczyzną. Moją skałą. Bo tylko dzięki Niemu, przez te wszystkie trudy, baby-bluesy i inne depresje udało mi się przejść. Bo wytrzymał moje wrzaski na sali porodowej i dał sobie prawie połamać rękę, ale mnie nie puścił. Bo biega na drugie piętro w kółko z kuchni, żeby spełnić moje zachcianki żywieniowe. Bo wie do czego służy pralka i nie boi się jej użyć. Bo jak po raz n-ty zostawię telefon w samochodzie, to mi po niego poleci. Bo nieważne, że jestem nieumalowana i jeszcze nie zrzuciłam wszystkich ciążowych kilogramów. Bo potrafi zrobić rosół... 

A przede wszystkim dlatego, że jest najwspanialszym ojcem na świecie. I nie boi się synowskiej kupy, niezależnie od pory dnia czy nocy. Bo nie wstydzi się wygłupiać i całować małe stópki.

I może być czasem nerwowo. I może być czasem gburek. To nic nie znaczy.

Spełnia moje marzenia, mój prawdziwy Mężczyzna, mój Mąż.

I dzisiaj w Twoje imieniny dziękuję Ci. Za to, że jesteś. Zawsze bądź. 
KOCHAM najbardziej na świecie. Ja i syn :)

niedziela, 29 grudnia 2013

porodowe tabu




Jest sporo zagadnień, o których ciężarnym się nie mówi. Nie wiem czemu, pewnie żeby nie zniechęcić, bo nie są to kwestie przyjemne. Trochę żałuję, że mi tej wiedzy oszczędzono, bo wolałabym się jednak na te 'wydarzenia' lepiej przygotować niż być zaskoczoną... Poruszę parę z nich, nie po to aby straszyć strasznym porodem, ale dlatego że uważam, że można tą wiedzę dobrze wykorzystać w przygotowaniach do porodu.

Krwawienie poporodowe

Od początku będzie krwawo i nieprzyjemnie. To, że kobieta traci krew w trakcie porodu, to wiedza raczej powszechna. Ale ile można?! Przysięgam, myślałam że się wykrwawię, lało się ze mnie jak z fontanny.. I mało tego, minęły ponad dwa tygodnie i leje się dalej. No może raczej kapie, jak z cieknącego kranu. W związku z tym po porodzie wstawanie stanowi problem, gdyż może robić się słabo. Łóżko niestety będzie wyglądało jak po teksańskiej masakrze piłą mechaniczną. I nic na to nie poradzisz. Należy się zaopatrzyć w podkłady poporodowe - to te olbrzymiaste podpaski - jak je zobaczyłam przed porodem to nie mieściło mi się w głowie, po co aż takie wielkie. Ja polecam podkłady BABY ONO, ponieważ są one bardzo długie, cienkie i mają klej dzięki któremu można je przymocować do bielizny (najlepiej jednorazowej, lub wielorazowej siateczkowej):
fot. aptekagemini.pl


Trochę ponad 6 zł za 10 sztuk - uprzedzam, trzeba zakupić cały karton! Ja na pewno zużyłam już ponad 100, a krwawienie może potrwać nawet do 5 tygodni, więc ilość hurtowa zalecana. Można też zabrać ze sobą podkłady higieniczne na łóżko - szpitale niestety często oszczędzają swoich i ostatecznie leżysz w zakrwawionej pościeli (której również nikt może nie chcieć Ci wymienić..). Ja nie miałam podkładów higienicznych (a szkoda...), ale teraz bardzo mi się przydają do przewijania synka:

fot. aptekagemini.pl

Dolegliwości związane z nacięciem krocza


Szczęśliwe te, których to nie dotyczy! Ta kwestia chyba najbardziej uprzykrza pierwszy tydzień po porodzie, czyli czas do zdjęcia szwów. Przez pierwsze parę dni uniemożliwiają one siedzenie. To znaczy można próbować, na jednym półdupku, ale i tak skończy się bólem. Bardzo pomocna w tym czasie może okazać się specjalna poduszka, tzw. krąg połogowy:

fot. aptekagemini.pl

Wydatek rzędu trzydziestu paru złotych, a komfort funkcjonowania zdecydowanie polepszony, bo ile można leżeć?! Należy też pamiętać, że karmiąc można się poratować paracetamolem przeciwbólowym, czasem naprawdę warto. Podobno dzięki nasiadówce na wywarze z kory dębu rany szybciej się goją - osobiście nie sprawdziłam. Sama stosowałam polewanie krocza Tantum Rosa (w tym celu niezbędna będzie butelka 'z dziubkiem') - ale szczerze mówiąc nie doznałam jakiejś szczególnej ulgi.
fot. aptekagemini.pl
Najbardziej, ale tylko chwilowo pomaga polewanie zimną wodą lub przyłożenie kostek lodu. I byle do zdjęcia szwów - wtedy następuje ulga nie do opisania.


Zaparcia i takie tam..

Przychodzi po porodzie taki moment kiedy należy się najzwyczajniej w świecie wypróżnić.. I się okazuje, że to nie lada wyzwanie. W szpitalu bardzo pilnują oddania moczu, w krótkim czasie po porodzie - pierwszym wyzwaniem jest dotarcie do toalety (mnie samodzielnie się nie udało, miałam podwózkę na wózku..) - jak już dotrzemy do tronu, może się okazać, że strach jest większy niż potrzeba wysikania się. Wszystko jest spięte i obolałe, krew się leje - może być ciężko, ale trzeba się przemóc. Inaczej każą w siebie wlewać hektolitry płynów, aż Cię rozsadzi. Za to jak już raz pójdzie to będzie coraz łatwiej. Gorzej sprawa wygląda z 'dwójką'.. Sama przed porodem prosiłam o lewatywę - ale jak prosiłam to było za szybko, a potem nagle zrobiło się za późno i nie dostałam.. Po porodzie natomiast, w przypadku naciętego krocza, tak się boisz o te szwy, żeby nie pękły, że nie ma szans, żeby się spiąć na tronie! Szwy oczywiście nie pękną (przynajmniej mnie tak zapewniali), ale zamiast się tym stresować to szczerze polecam czopki glicerynowe. 
fot. aptekagemini.pl
Sama się bałam ich użyć i próbowałam się ratować syropkami, które nie zadziałały, ale ponieważ zaparcia mogą się utrzymać jeszcze wiele dni po porodzie, to w końcu byłam zmuszona ich użyć i szczerze żałowałam, że tak długo się męczyłam. Czopek nie boli, a po chwili masz sprawę z głowy. W szpitalu należy jednak pamiętać o tym, że po zastosowaniu czopka może Cię pogonić dosłownie za minutę, a równie dobrze może to chwilę potrwać, a Ty na ten moment gdy będziesz biegła do toalety będziesz potrzebować opieki do dziecka - więc warto się upewnić, że np. współlokatorka będzie mogła przez chwilę zerknąć na Twoje maleństwo.

piątek, 27 grudnia 2013

narodzin cud



Nadszedł czas weryfikacji życzeń porodowych.. Lista wyglądała następująco:


Życzenie nr 1 - urodzić 4 grudnia!
Urodziłam grudnia DWUNASTEGO - ale ostatecznie trzeba przyznać data ładniejsza: 12-12-13.


Życzenie nr 2 - urodzić naturalnie.
Tak, to jedyne życzenie się spełniło i naturalnie urodziłam. A cały poród modliłam się o cesarkę... 


Życzenie nr 3 - żeby nie było potrzeby stosowania znieczulenia.
Mało, że była taka potrzeba, to jeszcze się okazało, że magiczne znieczulenie zewnątrzoponowe może Cię oszukać i wcale nie zadziałać! Wiele godzin czekałam na odpowiednie rozwarcie, modląc się by anestezjolog był w pobliżu, nie zajęty jakąś cesarką czy kawką, w bólach nie do opisania, aby otrzymać ulgę w postaci tego cudu, po którym to niby od pasa w dół się tego bólu nie czuje...  Jak już okazało się, że rozwarcie właściwe, pani doktor łaskawie wyraziła zgodę na podanie znieczulenia, a anestezjolog skończył cesarkę, to zostałam poinformowana, że pani, która krzyczy w pokoju obok ma większe rozwarcie i tym samym pierwszeństwo do znieczulenia. A co za tym idzie, ja znieczulenia mogę NIE DOSTAĆ, bo anestezjolog nie może wykonać więcej niż jednego. Do dzisiaj tego nie rozumiem! Jak to nie może podać znieczulenia więcej niż jednej osobie?! Ale okazało się, że pani przeszła na drugi etap porodu i ze znieczulenia nici. Dostałam je ja. I cóż to było za rozczarowanie, gdy ból nie minął! Przyznam, że na pół godziny była znaczna ulga... A potem jak wszystko wróciło! Nie do opisania... Druga dawka już nie zadziałała... To się podobno zdarza...

Życzenie nr 4 - zacząć rodzić w ciągu dnia.
Mhm... nawet to nie. Bolesne skurcze zaczęły się o 10:00 po teście z użyciem małej dawki oksytocyny. Ale na porodówkę trafiłam dopiero 12 godzin później - o 22:00 i wtedy się wszystko właściwie zaczęło i rodziłam caaaaałą noc, a Synek wyskoczył dopiero o 7:25. Nie wyspała się mamusia...

Życzenie nr 5 - bez wywoływania.
Właściwie to wywoływać mieli dopiero 12-go w ciągu dnia, ale okazało się, że wystarczył test z oksytocyny, żeby wywołać skurcze... A co do przenoszenia, cóż, właśnie miałam zacząć 42 tydzień ciąży...

Życzenie nr 6 - bez nacinania krocza.
Pobożne życzenie... Czy w ogóle ktoś jeszcze chroni krocza biednych rodzących?! Oczywiście w trakcie porodu było mi wszystko jedno co mi nacina i jak bardzo, byle było szybciej... Ale dochodzenie do siebie po takim zabiegu jest nie do wyobrażenia! Dopiero po tygodniu, po zdjęciu szwów, udało mi się usiąść.. Właściwie ze szwami każdy ruch jest bardzo bolesny...


I w ogóle żeby było zajebiście
Nie było. Od razu podkreślam, że tak samo jak ciążę każda ciężarna przechodzi inaczej, tak też poród każda inaczej przechodzi. Dla mnie było to bardzo trudne przeżycie, bardzo bardzo bolesne. Obraz w pamięci wciąż żywy i przerażający. Szanownemu Małżonkowi też nie było łatwo patrzeć na wijącą się w bólach, krzyczącą w niebogłosy, przerażoną żonę. Ale bez niego bym tam umarła, jak nie z bólu to ze strachu... Nie będę wchodziła w szczegóły, bo sama jeszcze nie dojrzałam do powrotu do nich w pamięci, ale zaczęłam uważać, że wyciąganie dzieci prosto z brzucha to nie taki zły pomysł.


A synek? Jest piękny :) Jest moim małym cudem. I chociaż wciąż się docieramy, poznajemy i nie zawsze jest łatwo, pięknie i kolorowo, to jest on moim prywatnym, kochanym, pięknym cudem. I zamiast wracać pamięcią do traumatycznych przeżyć porodowych mam teraz ważniejsze zadanie. Dbać i kochać ten mój mały cud, całkowicie uzależniony od nas, który wywrócił nasze życie do góry nogami.


środa, 27 listopada 2013

40 tydzień i życzenia porodowe...

Wczoraj stuknął nam 40 tydzień - i co? - i kompletnie niiiiic! Planowany termin co prawda na poniedziałek 2 grudnia, ale wczoraj na krótkim badaniu doktor G. orzekła, że łożysko już stare, a dziecię głową nisko, więc tak naprawdę musimy być gotowi w każdym momencie. A ja jak ten paranoik spinam się na każdy skurcz spowodowany niestrawnością... I mam wieczne wrażenie odchodzących wód - czy da się to w ogóle przeoczyć?!

Postanowiłam zrobić listę życzeń porodowych, a potem porównać je z rzeczywistością z śmiać się z własnej naiwności... Tak więc:

Życzenie nr 1 - urodzić 4 grudnia!
Listopad jest takim smutnym, smętnym, szaro-burym miesiącem, więc mimo że mam SZCZERZE DOŚĆ, to jestem gotowa cierpieć, nie spać i trzymać nogi razem do grudnia.. Swoją drogą Szanowny Małżonek grudniowy, mogłabym załatwiać ich co rok razem... A czemu akurat 4? Bo parzysty. I po wypłacie - if U know what I mean... I opłaty za grudzień zdążyłabym poczynić, co by mnie uspokoiło na cały miesiąc. I środa. I barbórka. I w ogóle rewelacja. 4 grudnia i koniec kropka.

Życzenie nr 2 - urodzić naturalnie.
Mimo strachu, z dwojga złego, wybieram miejsce "właściwe" do wyjścia synka. Chociaż wciąż uważam, że ŻADEN otwór w ciele nie nadaje się do wypchnięcia prawie 4 kilogramowego (a może już ponad?!) człowieczka. 

Życzenie nr 3 - żeby nie było potrzeby stosowania znieczulenia.
To znaczyłoby że nie boli :) istnieje ryzyko, że trafię do szpitala, gdzie na takie znieczulenie po prostu nie ma szans, lub anestezjolog będzie zajęty popijaniem kawki poza porodówką i wtedy byłoby mi przykro. A jestem pewna, że jak tylko mocniej zakłuje to zacznę krzyczeć 'ZEWNĄTRZOPONOWE RAZ!'.

Życzenie nr 4 - zacząć rodzić w ciągu dnia.
Bo noc jest do spania. Jak zacznę wcześnie to powinnam się do nocy wyrobić, żeby może niekoniecznie się wyspać, ale przynajmniej żeby wypocząć po trudach. No i też wydaje się przerażające wybudzić się w nocy, zalana wodami i obolała skurczami... Więc wolę gdzieś tak po śniadaniu :)

Życzenie nr 5 - bez wywoływania.
To oznaczałoby przenoszenie - nie dziękuję. Poza tym ze skierowaniem do szpitala traktują inaczej niż ze zmoczonymi spodniami i rozwarciem na 8 cm. No i wywoływać można dniami. I skurcze ponoć bardziej bolesne. Kto by się na to pisał?

Życzenie nr 6 - bez nacinania krocza.
Pobożne życzenie chyba każdej kobiety. Bardzo, bardzo nierealne przy naturalnym porodzie. Ale marzyć sobie można...

I w ogóle żeby było zajebiście! Mam nadzieję, że już za tydzień, 4 grudnia, będę mogła zweryfikować rzeczywistość...

wtorek, 19 listopada 2013

39 tydzień

39 tydzień ciąży oznacza, że praktycznie już od tygodnia ciąża jest donoszona, a dziecko tak naprawdę może zechcieć urodzić się w każdej chwili. Więc taka niedoświadczona matka jak ja siedzi jak na szpilkach i przy każdej niestrawności myśli, że ma skurcze...
I w ogóle ten tydzień rozpoczęliśmy 'rewelacyjną' nocą. Nie wiem czy to wina wczorajszego ciasta na kolację czy niedawnej pełni, ale jak tylko położyłam się do łóżka synek zaczął tak fikać, jakby miał zaraz wydostać się siłą przez pępek! Okazało się to do tego stopnia męczące, że o północy postanowiłam zwlec się na kanapę, gdzie dopiero pozycja półsiedząca uśpiła zarówno mnie jak i synka na 3 godziny. Potem grzecznie wróciłam do małżeńskiego łóżka, wciąż poirytowana zaistniałą sytuacją. 

Podsumowując:
- wciąż 13 kg na plusie - chociaż po wczorajszej kolacji z ciastem może być już 14... - wreszcie doktor G zadowolona, że przestałam przybierać [ale się nie oszukujmy, pod koniec ciąży jest tak 'zajebiście', że nawet apetyt można stracić...]
- boli, boli, boli - już nawet nie chce się gadać o tym nieszczęsnym rozchodzącym się spojeniu łonowym, o bólach krzyża, o rwie kulszowej - jak było do dupy, tak się tylko pogłębia. Nie, Apap nie pomaga....
- na ostatnim USG w 38 t.c. synek ważył ok 3600 g. - nie, nie będzie ani lekko, ani łatwo, ani przyjemnie.
- sen - a o co w nim chodziło?!
- wizyty w toalecie - nie, to nie mit, że można całą noc co pół godziny do kibla wstawać...
- Mąż - kocham najbardziej na świecie, doceniam to, że i posprząta, i ugotuje, i pocieszy... Ale jak tak w środku nocy patrzę jak słodko śpi  to tylko zemsta mi głowie... :]

Zauważam już u siebie znaczne zmęczenie materiału. Ciężko, smutno i końca nie widać. Doktor G. powiedziała, że według niej mogę się szykować na koniec listopada - mnie tam bardziej na rękę początek grudnia [po wypłacie of course!] ale zaczynam się obawiać, że jeszcze jeden dzień i popadnę w prawdziwą przed-porodową depresję. A na pewno mnie dopadnie jak synek na czas nie zechce wyjść, tylko będzie siedział do bólu i jeszcze urośnie do 5 kg z głową wielkości małego arbuza...

Tak więc napełniona po brzegi pesymizmem, w ten szaro-bury, jesienny, listopadowy dzień, powlokę się pod koc, przytulę psa i kota, włączę jakiś idiotyczny program w TV i będę płakać aż Mąż wróci z pracy.

Zapomniałam tylko dodać, że przeziębienie mnie łapie... I znając moje szczęście złapie mnie naprawdę.


czwartek, 14 listopada 2013

kwestia pierwszeństwa...

Tak myślałam, że z czasem przyjdzie mi poruszyć kwestię pierwszeństwa, dotyczącą oczywiście ciężarówek. Nie będąc w ciąży nie zaprzątało to mojej głowy, natomiast z samej racji całkiem przyzwoitego wychowania ustępowanie miejsca starszym, niepełnosprawnym oraz ciężarnym było jakby oczywistą oczywistością. A do kasy pierwszeństwa to nawet nie próbowałam się pchać. I o tyle, o ile na początku ciąży, a tak naprawdę na jej półmetku, kiedy to już była zdecydowanie zauważalna, ale jeszcze nie aż tak uciążliwa, nie przeszkadzało mi, że ludzie traktują mnie jak powietrze. Natomiast w momencie, gdy brzuch zaczął decydować o środku ciężkości, kilkanaście dodatkowych kilo ewidentnie ciążyć, spojenie łonowe rozchodzić, plecy napieprzać... Tak w tym momencie zaczęłam zwracać na to uwagę....

1. Komunikacja miejska -  na co dzień nie korzystam, mam swoje małe autko nie do zdarcia i preferuję się nim przemieszczać. Natomiast w trakcie całej ciąży zdarzyło mi się dwa razy podróżować autobusem. Za pierwszym razem autobus pusty, więc i problemu brak. Natomiast za drugim - i nie bez powodu ostatnim razem - wtaczam się do wypełnionego busa, miejsc siedzących zero, natomiast dla stojących wciąż trochę przestrzeni się ostało. Wtaczam się dosłownie, bo dojście na przystanek autobusowy już było dla mnie niezłym wyzwaniem. Po drodze wyprzedziła mnie osoba niewidoma.... W każdym bądź razie wtaczam się do środka i co? Chwila konsternacji. Przerażone spojrzenia młodszych, starszych, kobiet, mężczyzn, każdego w potencjalnym zasięgu do ustąpienia miejsca. I szybko wzrok przeniesiony na szybę, książkę, torbę, torebkę - nic się nie stało, ciężarówka skoro dotarła na przystanek i wtoczyła się do autobusu to i jak godzinkę teraz postoi przy kasowniku to się nic nie stanie. I nagle zbawienie! Pani najbliżej mnie poczuwa się do obowiązku i ustępuje mi miejsca. Oddycham z ulgą i dziękuję. Okazuje się, że Pani jest z małym dzieckiem w wózku - OCZYWIŚCIE! Ona po prostu jeszcze pamięta........... 

2. Przychodnia - szczerze zaskoczyło mnie, jak moja koleżanka-ciężarówka powiedziała mi, że w przychodni do której ona chodzi na badania, po przyjściu ciężarnej są one na recepcji z automatu pierwsze wpuszczane do laboratorium. W mojej przychodni takiego zwyczaju nie ma, więc nawet przez chwilę nie łudziłam się, by ktoś wpadł na pomysł, żeby wpuścić mnie przed siebie na pobranie krwi (przypomina mi się, jak lat temu 10, mój tatuś zawiózł mnie do przychodni, do lekarza rodzinnego, jak się później okazało z zapaleniem opon mózgowych, i dosłownie wniósł mnie do poczekalni, ledwo żywą i mimo to musiał się wykłócać, żeby wejść ze mną poza kolejką...). Wiadomo, w przychodni są chorzy, chorsi i najchorsi. A ciąża to nie choroba, więc czekaj kobieto! Ok. Mi się nie spieszy, póki mi wody nie odejdą. Ale jak któregoś ranka weszłam do poczekalni przed laboratorium, gdzie ok 20 osób osaczyło wszystkie poczekalniane krzesełka i nikt na widok ciężaru, który noszę przed sobą i lekkiego kuśtyku, który dzięki temu słodkiemu cieżarowi zyskałam, nie ruszył dupska ze stołka to aż mi się słabo zrobiło. A przecież zauważyli mnie, bo grzecznie i głośno zapytałam 'kto z Państwa jest ostatni do laboratorium?!'. Zatkało mnie do tego stopnia, że stanęłam jak wryta i dopiero po dłużej chwili z tłumu odezwał się głos: 'O! To Ty! Cześć! Ale brzuch! Siadaj! Który to tydzień?' . Wygląda na to, że trzeba kogoś znajomego spotkać, żeby Ci ustąpił miejsca w mojej przychodni... Była to akurat koleżanka, matka dwójki - 9 miesięcznej dziewczynki i 3,5 rocznego chłopca (też pamiętała..........) - w związku z tym, za karę uraczyłam całą poczekalnie pół godzinną, donośną dyskusją o rozchodzącym się spojeniu łonowym i innymi dolegliwościami związanymi z ciążą i porodem.

3. Auchan  - zaprosiliśmy z Mężem gości na niedzielę. W związku z tym należało zrobić zakupy spożywczo-alkoholowe. Właściwie to nawet nie miałam uczestniczyć w tych zakupach, bo już za ciężko, ale akurat jechaliśmy gdzieś tam, więc było po drodze, więc nie zostanę przecież w samochodzie - jak poczłapię to może przemycę do koszyka coś słodkiego... Same zakupy przebiegły dość sprawnie, chociaż dzięki mnie w ślimaczym tempie. Z pełnym koszykiem kierujemy się do kasy - tej co ma nas sobą wielki plakat z wizerunkiem wielkiej ciężarnej i człowieka na wózku. Kasa rzecz jasna pełna, kolejka długa. Żadnego człowieka na wózku, żadnej wielkiej ani małej ciężarnej. Oprócz tej na końcu. Zgiętej w pół, opierającej się o wózek, dyszącej i powtarzającej sobie, że to OSTATNIE zakupy. Mnie. Jednak zbyt nieśmiałej w tym momencie by się bezczelnie wepchnąć, liczącej na dobroć ludzką. Kolejka spojrzała i oceniła, że mimo omówionego wcześniej plakatu reagować nie musi. Na szczęście Małżonek przytomny, pyta grzecznie państwa, którzy jako kolejni mieli wykładać się na ladę, czy możemy przed nimi. Kobieta speszona odpowiada, że tak, jej mąż nie skomentował, ale foch na twarzy mówił wszystko. Głupio mi się zrobiło tylko przez chwilę, jak pierwszymi wyłożonymi zakupami okazały się piwa i wina, oczywiście przeznaczone dla naszych gości, ale w towarzystwie ciężarnej, która się wpycha do kolejki w kasie pierwszeństwa, poczułam, że jest to trochę nie na miejscu. Powinny to być pampersy...

4. IKEA - to był ten sam dzień co Auchan - kolejny przystanek pod tytułem 'PRZEWIJAK'. Po przejściu Auchan byłam już u kresu wytrzymałości, a mimo zastosowania skróconej na maksa trasy w IKEA to pod kasami ponownie dyszałam, a bolało mnie już tak bardzo, że tym razem ja postanowiłam być 'bezczelna' i od razu pokierowałam się do kasy pod wezwaniem wielkiej ciężarnej i człowieka na wózku, omijając całą kolejkę upewniwszy się, że nie ma nikogo w stanie takim jak ja lub gorszym, podeszłam prosto do kasjerki. Stanęłam, czekając grzecznie aż skończy kasowanie ostatniego klienta. W tym czasie, pani która powinna być kolejna, zorientowała się co się święci i na wszelki wypadek przyblokowała wózkiem przejście tak, żeby przypadkiem mój Małżonek z wózkiem się nie przedostał i z wyrazem wyzwania na twarzy obserwowała mnie bacznie. Jak już kasjerka zorientowała się co się dzieje, zapytałam, czy teraz może nas skasować (oczywiście, że tak, przecież to kasa pod wezwaniem ciężarówek!). Pani wojenny wyraz twarzy zmienił się na szczyt oburzenia. Oczywiście nie ułatwiła Małżonkowi przedostanie się z wózkiem do kasjerki, a ja zdążyłam tylko syknąć 'przykro mi, KASA PIERWSZEŃSTWA!' - w końcu tym razem z przewijakiem, nie browarem, więc już taka odważna mogłam się zrobić.

Wciąż jestem tak obruszona tymi sytuacjami i wyzwala to tyle emocji jak to teraz piszę, że nawet Synek się zaczął oburzony przeokrutnie wiercić. Naprawdę w ciąży jest ciężko. Stać, czekać, chodzić, oddychać, funkcjonować. I naprawdę nie zaszkodzi pani czy panu taką obolałą ciężarówkę wpuścić przed siebie czy na swoje miejsce, to się zwróci. Taszczę w sobie przyszłego podatnika, który nie tylko na moją ale też na pani, pana emeryturę będzie pracował. Więc to jako dla dobra ogółu proszę traktować.