piątek, 31 stycznia 2014

kryzys 6 tygodnia - istnieje naprawdę!

Żabek skończył wczoraj 7 tygodni, a parę dni temu, gdy wciąż był w tygodniu 6, przed 2 doby zachowywał się, delikatnie mówiąc, INACZEJ. A ja byłam, delikatnie mówiąc, poirytowana...

Zaczęło się w nocy (oczywiście, że w nocy!).. Mimo, że pory karmienia mamy stałe, to od tej nocy zaczął się domagać jedzenia wcześniej niż ja miałam to w planie i więcej niż chciałam dać... Tak więc karmiłam go wcześniej i więcej, a mimo to był marudek. Kolejna noc oczywiście nieprzespana, a kolejny dzień jeszcze bardziej marudny...



Nie zostało nic innego tylko wertować wszechwiedzący Internet. Okazało się, że 'TO' co przechodziliśmy w 5 tygodniu (płaczliwość i marudkowatość przez parę dni) to był tzw. skok rozwojowy:
"1 skok – 5 tydzień – wrażenia - Miesiąc drugi życia dziecka
Pierwszy skok zaczyna się już około 5 tygodnia życia, zaraz po ukończeniu pierwszego miesiąca. Jest to moment, w którym nasz noworodek zaczyna się baczniej rozglądać wokół siebie. Wzrok zatrzymuje się na twarzach i przedmiotach, głośne dźwięki wywołują nerwowość, a nawet płacz, także zapach (szczególnie mamy) pełni coraz większą rolę. Zmysły rozwijają się i zaczynają inaczej odbierać docierające do nich wrażenia. To czas, kiedy pojawiają się pierwsze łzy (a nie tylko sam, charakterystyczny, noworodkowy płacz), ale i pierwsze uśmiechy. W tym okresie maluszek potrzebuje spokoju, ograniczenia ilości bodźców, a w przypadku ich nadmiaru – wyciszenia, zwłaszcza przed snem.
" źródło:



A 'TO' co przechodziliśmy w 6 tygodniu to był tzw. skok wzrostowy, inaczej kryzys 6 tygodnia:
"Około 6. tygodnia życia dziecka następuje intensywny skok, zwany „kryzysem szóstego tygodnia”, w którym u maluszka zwiększa się zapotrzebowanie na pokarm. Dzieci karmione piersią domagają się karmienia praktycznie non stop przez jeden lub dwa dni. Laktacja w naturalny sposób się zwiększa, dzięki czemu maleństwo otrzymuje tyle pokarmu, ile potrzebuje, a przerwy między karmieniami wracają do normy. Ten czas najlepiej poświęcić w 100% dziecku, tłumacząc sobie, iż jest to stan przejściowy i szybko minie."



Oczywiście uspokoiłam się, wiedząc o co chodzi (a potem znowu zdenerwowałam jak doczytałam ile jeszcze takich skoków nas czeka... Lepiej chyba nie wiedzieć...). I faktycznie po tych dwóch dniach wszystko wróciło do normy, karmienie o ustalonych porach i marudkowatość co prawda nie zniknęła, bo Żabek to mały Gburek, ale za to uśmiecha się coraz więcej i bardziej!



poniedziałek, 27 stycznia 2014

śnie ukochany... śnie utracony...



Będąc w ciąży, zwłaszcza pod koniec bardzo źle sypiałam.
Po pierwsze: jestem na-brzuchu-sypiaczem, a brzuch urósł dość szybko, więc bardzo ciężko było mi przestawić się na spanie na boku (najlepiej na lewym, a na plecach nie wolno...).
Po drugie: bardzo szybko zaczęło mi doskwierać spojenie łonowe, więc każdy ruch, przekręt powodował znaczny ból.
Po trzecie: co godzinę do toalety...

Więc jak mi mówiono 'wyśpij się póki możesz' to szlag mnie trafiał, bo chcąc nie chcąc wyspać się już nie miałam szans i wychodziłam z założenia, że jak już się synek urodzi, ból minie, będę mogła położyć się na brzuszku i CO NAJWYŻEJ raz w nocy wstać do synka, nakarmić i od razu położyć spać - to będzie o niebo lepiej i wreszcie się wyśpię...

Och jakże naiwna! Teraz już wiem. NIGDY się nie wyśpię.

A wygląda to tak, że sama jakość snu jest dużo lepsza niż w mojej ciąży - nic nie boli i mogę zmieniać pozycje do woli.
Natomiast pierwsze dwa tygodnie po porodzie nie spałam w ogóle. Oczywiście nie da się tyle czasu nie spać w ogóle, ale autentycznie ma się takie wrażenie. W szpitalu wiadomo, co chwilę obce dzieci wyrywają Cię ze snu, nawet jeśli Twoje słodko chrapie - tak jak moja Żaba zmęczona żółtaczką.
Wracasz do domu - dostajesz nawału pokarmu i baby bluesa - wtedy faktycznie jednej nocy nie spałam ani minuty, a potem zombie. Jak już się uspokoisz i dziecko śpi blisko, to najpierw nie możesz zasnąć godzinami (matka czuwająca), a potem się budzisz na każde westchnięcie dziecka (matka czuwająca), więc ostatecznie pół godziny śpisz, pół czuwasz - no i w między czasie godzinami karmisz..
Następnie się przyzwyczajasz do wzdychania i zaczynasz sypiać lepiej, ale dziecko i tak wyrywa Cię ze snu co parę godzin (jak nie minut...), więc zombie nadal..

I tak już do końca świata. Ale, ale... podobno gdzieś na świecie są dzieci, które przesypiają całe noce!
I właśnie do tego (nie)cierpliwie dążymy...

Jak sobie pomóc, żeby nie zwariować?

Ja zaczęłam od wyprowadzenia Żaby za ścianę - tak, tak wyrodna matka - ale od kiedy nie słyszę cichych sapnięć wydobywających się z kołyski ustawionej koło mojego ucha, od razu lepiej sypiam. A płacz słyszę nawet dwa piętra niżej, więc nie ma obaw że nie zareaguję. Kolejnym plusem takiego działania jest fakt, że Żaba od razu przyzwyczai się do swojego pokoju, póki jeszcze nie do końca kuma zmianę. Później mógłby być to dla niego szok - "dlaczego rodzice umieszczają mnie nagle w jakimś ciemnym, dziwnym pokoju, skoro do tej pory spałem u nich?!"

Nie karmiąc piersią można się wspomóc delikatnymi lekami nasennymi - ale takimi, które nie pozwolą nam przespać płaczu dziecka of course.

Bardzo ważne wydaje mi się wprowadzenie harmonogramu, dzieci podobno lubią stały rozkład dnia, w którym mogą wszystko przewidzieć. W naszym przypadku dzień wygląda tak, że Żaba wstaje rano i:
 - karmienie - aktywność - drzemka - karmienie - aktywność - drzemka
cykl 3 godzinny, przy czym drzemka nie może trwać dłużej niż 2 h, bo inaczej dziecko może pomylić sobie dzień z nocą i wtedy w ogóle masakra ze snem.. A jak śpi sobie dobrze już od dwóch godzin - tak, wtedy go budzę, wyrodnej matki część dalsza... No i nie usypiam karmieniem, żeby się Żaba nie przyzwyczaiła, że zawsze przed snem dostaje jeść (wyjątkiem jest ostatnie usypianie i noc).. Przed wieczorną kąpielą pół butelki mleka, po kąpieli drugie pół i spać. O 23 karmienie przez sen (bardzo  łatwe jak się w końcu dziecko nauczy przez sen jeść - Żabek najpierw nie chciał, tak mocno spał, i trzeba było go łaskotać w stópki, żeby ssał. A po 3 dniach się nauczył i teraz ładnie je przez sen i po odłożeniu zazwyczaj się nawet nie budzi. Głodny się robi ok między 3 a 4:30, a potem o 7. Więc i tak, jak wszystko idzie zgodnie z planem to udaje mi się uzbierać w sumie sporo godzin snu (szkoda tylko, że nie w ciągu, ale podobno są gdzieś na świecie dzieci, które budzą się w nocy co godzinę...)

Równie ważna jest kwestia rytuałów, które sygnalizują dziecku, że czas na sen. W naszym przypadku jest to:
- wyciszenie wszystkiego co wydaje dźwięki
- zaciemnienie pokoju
- wyciszenie głosu
- włączenie kołysanki (lubi tylko te z telefonu, więc żegnaj komórko na czas drzemki...)
- 'skrępowanie' w beciku
- 'cichanie' do uszka (w rytm kołysanki na przykład)
- przytulenie na fotelu
- i ewentualnie podanie smoczka w celu uspokojenia (zostaje zabrany po zaśnięciu lub Żaba sama go wypluwa - póki to nie stanowi dla niego problemu i nie powoduje płaczu to jest ok).

Jak Żaba zaczyna odpływać to zostaje odłożony do kołyski, żeby sam już dokończył zasypianie (tak, wyrodna matka...) dzięki czemu uczy się trochę samodzielności.

Kwestia 'krępowania', czyli zawijania w becik czy kocyk, tak aby rączki były unieruchomione wzdłuż ciała, ma tak wielu zwolenników jak i przeciwników. Obserwując Żabka jak próbował spać ze swobodnymi rączkami, nad którymi nie ma kontroli i nawet nie wie, że są to jego rączki, zdecydowałam się zawijać Go ciasno, by owe łapki go nie budziły przykładowo uderzając go po twarzy. Oczywiście Żaba samego krępowania nie lubi, ale jak już łapki ma uspokojone to sam śpi spokojnie. I dopóki nie zacznie nad nimi panować, dopóty będzie zawijany.

Oczywiście nie codziennie jest tak kolorowo i planowo. Już nie raz podczas pobudki nocnej zdarzało mi się walczyć z nim godzinę, nie rozumiejąc powodu płaczu czy marudzenia i niechęci do dalszego spania. I nie raz z drzemki wybudzał się z płaczem i nie chciał dalej spać. I nie raz w ogóle nie chciał skorzystać z drzemki w kołysce i ze zmęczenia zasypiał tylko w bujaczku...

Ale prawdą jest, że dzieci nie płaczą bez powodu, więc trzeba się upewnić, że:
- dziecko nie jest głodne (stosując plan dnia łatwo to określić, jeśli dziecko jadło 3h temu, to może być głodne, ale jeśli jadł 30 minut temu to raczej nie jest głodne..)
- dziecko nie jest spragnione (w przypadku dzieci karmionych butelką należy je dopajać wodą)
- dziecko nie ma kupy (która jest łatwo wyczuwalna bez konieczności rozbierania i rozbudzania dziecka, sam mocz zazwyczaj nie przeszkadza dziecku w tak krótkim czasie)
- dziecku nie jest za zimno/gorąco (sprawdzamy na karku, łapki i nóżki ma prawo mieć zimne 24h/dobę)
- dziecku nie jest niewygodnie (czy na pewno jest dobrze zawinięty, czy nóżki nie wyszły z nogawek i nie utknęły gdzieś w piżamce, czy mu się nie ulało koło główki i nie jest mu tak mokro, itd...)
- jakiś dźwięk dziecka nie wybudził i się nie wystraszyło
- dziecko nie potrzebuje przytulenia
- jest narażone na zbyt wiele bodźców i wrażeń (nawet pluszak może mu przeszkadzać)

I oczywiście nic nie zmienia faktu, że świeżo upieczeni rodzice mają wrażenie, że już nigdy się nie wyśpią... Ale powtórzę, że podobno gdzieś na świecie są niemowlęta przesypiające całe noce - i tego się trzymajmy, do tego dążmy i miejmy nadzieję, że nasze dziecko jest jednym z tych.

A potem i tak dopadnie nas ząbkowanie.... ;-)

poniedziałek, 13 stycznia 2014

1 miesiąc

Z jednej strony pierwszy miesiąc ciągnął się prze-okrutnie i mam wrażenie, że synek jest z nami znacznie dłużej.. A z drugiej dni pędzą jak szalone, ledwo się obudzimy a już jest pora kąpieli i spania. 

W pierwszym miesiącu niewiele się dzieje - tak naprawdę jemy i śpimy - no i dochodzimy do siebie po porodzie...

Krótkie podsumowanie:

Waga mamusi: +2 kg ciążowe - czyli inaczej - 12!
Waga synka: prawie 5 kg - obawiam się, że trochę zaczynam go przekarmiać...
Wózek: JEST! Śliczny Navington Caravel! Spacer na razie był jeden, ale prowadził się rewelacyjnie!
fot. mamaija.pl


Umiejętności: Synek zaczyna się uśmiechać i naśladować naszą mimikę. Poza tym nic szczególnego się nie dzieje, łapki wciąż latają jak chcą, zabawki nie interesują. Lubi siedzieć w bujaczku i patrzeć się w sufit lub na obrazy.
Dolegliwości: Parę razy podejrzewaliśmy kolkę, ale to było chyba zwykłe przemęczenie długim dniem. Ostatnio pojawił się katar i kaszel, po tym jak tata przyniósł do domu przeziębienie - więc z nim walczymy.
Sen: Dla rodziców wciąż za mało :)


piątek, 10 stycznia 2014

baby bluesy

Za Baby Blues odpowiada Państwowa Służba Zdrowia..
Za MÓJ Baby Blues, a raczej prawie-depresję-poporodową odpowiada szpital, w którym rodziłam - jestem o tym przekonana.


Po pierwsze - co to za polityka, że jak mnie zabierają na porodówkę to nie pozwalają przyjechać mężowi - 'bo jeszcze za wcześnie' ?! Dla mnie było w sam raz - wpadłam w histerię przeplataną z bolesnymi już skurczami na godzinę. Wtedy łaskawie zgodzili się żeby przyjechał.



Po drugie - co to za położna krzyczy, że tak się nie oddycha?! Jak nie tak, to proszę pokazać jak, ja jestem pierwszy raz w danej sytuacji, boli jak cholera, ciężko się skupić i pamiętać JAK oddychać. Nie trzeba krzyczeć. Trochę empatii.



Po trzecie - po porodzie podobno przysługuje Mężowi pobyt 3 godzinny w tzw. bocianim gnieździe. Mojego wygonili po pół godziny i od tego momentu zostałam z synkiem sama. Obolała. 'Wykrwawiająca się'. SAMA.



Po czwarte - raz usłyszałam, że nie dostanę świeżego prześcieradła (synek miał wypadek na łóżku...), bo jest niedziela i nie mają tyle wypranych - na szczęście tego dnia wypuścili mnie do domu...



Po piąte - raz usłyszałam zarzut - czemu nie poproszę o świeże prześcieradło, skoro zakrwawiłam to na którym spałam - nawet nie zdążyłam bo jak tylko zakrwawiłam, to trzeba było dziecko przewinąć..



Po szóste: 4 rano, po godzinie płaczu proszę o mleko w butelce, bo nie możemy się nakarmić i instrukcje.

' - Jak to nie potrafi pani nakarmić butelką?! 
- Nigdy tego nie robiłam, to moje pierwsze dziecko...
- Źle go pani trzyma!
- No to jak mam go trzymać?!
- I nie całą butelkę tylko 20 ml!!'


Po siódme:

' - Dlaczego pani nie przemywa pępka?!
- Bo wczoraj pytałam i mi nie kazano... Powiedziano żeby zostawić...
- Nikt pani tak nie mógł powiedzieć!!!"


I mogłabym tak wyliczać w nieskończoność zachowania świadczące o całkowitym braku empatii ze strony położnych i lekarzy... Jakby dodać do tego, że po nacięciu nie da rady usiąść i każdy ruch wywołuje wielki ból, do Ciebie nikogo nie wpuszczą, nawet męża, żeby chociaż na chwilę Cię odciążył, nikt nie pokaże Ci jak przewinąć, przebrać, nakarmić dziecko - wszystko na Twojej obolałej głowie. Ale działasz, pod wpływem adrenaliny i dopiero jak Cię w końcu wypiszą, wrócisz do domu, to zaczyna z Ciebie adrenalina schodzić, a nachodzi coś dużo gorszego... Baby blues, albo nie daj Boże depresja. Oczywiście w tym czasie masz nawał pokarmu, więc oprócz okropnego samopoczucia, płaczu, myślisz że Ci cycki wybuchną. Możesz dostać od tego gorączki i nawet przekonania, że jest tak źle, że zaraz umrzesz. Nie śpisz, każde westchnięcie dzieciątka Cię pionizuje...



I jak dobrze pójdzie, to minie to po paru dniach. W tym czasie bardzo ważna jest opieka najbliższych i wsparcie, które postawi na nogi. Ważne jest zdjęcie szwów, które umożliwi Ci fizyczne funkcjonowanie. I kapusta na cycki. Trzeba sobie uświadomić, że to jest normalne i każda przez to przechodzi. Ale gdyby nie przeszło, należy poradzić się specjalisty, żeby nie doprowadzić do trudniejszej w leczeniu depresji poporodowej.

wtorek, 31 grudnia 2013

prawdziwy mężczyzna

Dzięki Bogu powoli odchodzi w zapomnienie przekonanie, że prawdziwy mężczyzna to ten twardy typ co to do domu wypłatę przynosi i nic poza tym nie robi. A dziećmi to zaczyna się interesować w momencie, gdy już może razem z nimi bawić się kolejką lub jeździć na quadzie.

Dziś już wiadomo, że prawdziwy mężczyzna nie boi się ścierki, odkurzacza, żony w połogu, kupy w pieluszce czy wyparzenia laktatora (w dodatku wie co to jest i do czego służy!). Nie wyobrażam sobie, by ojciec nie chciał przytulić i przebrać swojego dziecka, wykąpać, powygłupiać się do niego i bujać godzinami, gdy nie może zasnąć. Nie wyobrażam sobie też by nie chciał być przy narodzinach swojego dziecka, żeby nie widzieć żony w - nie oszukujmy się - mało korzystnym świetle... Nie wyobrażam sobie, by zaraz po porodzie nie robił (zamawiał, organizował..) śniadań, obiadów, kolacji, nie przynosił kawy, herbaty, soków, podczas gdy żona jeszcze dochodzi do siebie po trudzie narodzin...

A tak naprawdę, wychodząc za mąż, czy też wiążąc się z danym mężczyzną nie możemy mieć żadnej pewności co to będzie w momencie gdy na świecie pojawi się potomek. Myślę, że nawet największa miłość może zgasnąć, jeśli mężczyzna nie okaże się mężczyzną prawdziwym.

Ja sama do tej pory nie byłam świadoma ile szczęścia mam i to tuż pod nosem. Bo mój Szanowny Małżonek w chwili próby okazał się stu-procentowym, najprawdziwszym mężczyzną. Moją skałą. Bo tylko dzięki Niemu, przez te wszystkie trudy, baby-bluesy i inne depresje udało mi się przejść. Bo wytrzymał moje wrzaski na sali porodowej i dał sobie prawie połamać rękę, ale mnie nie puścił. Bo biega na drugie piętro w kółko z kuchni, żeby spełnić moje zachcianki żywieniowe. Bo wie do czego służy pralka i nie boi się jej użyć. Bo jak po raz n-ty zostawię telefon w samochodzie, to mi po niego poleci. Bo nieważne, że jestem nieumalowana i jeszcze nie zrzuciłam wszystkich ciążowych kilogramów. Bo potrafi zrobić rosół... 

A przede wszystkim dlatego, że jest najwspanialszym ojcem na świecie. I nie boi się synowskiej kupy, niezależnie od pory dnia czy nocy. Bo nie wstydzi się wygłupiać i całować małe stópki.

I może być czasem nerwowo. I może być czasem gburek. To nic nie znaczy.

Spełnia moje marzenia, mój prawdziwy Mężczyzna, mój Mąż.

I dzisiaj w Twoje imieniny dziękuję Ci. Za to, że jesteś. Zawsze bądź. 
KOCHAM najbardziej na świecie. Ja i syn :)

niedziela, 29 grudnia 2013

porodowe tabu




Jest sporo zagadnień, o których ciężarnym się nie mówi. Nie wiem czemu, pewnie żeby nie zniechęcić, bo nie są to kwestie przyjemne. Trochę żałuję, że mi tej wiedzy oszczędzono, bo wolałabym się jednak na te 'wydarzenia' lepiej przygotować niż być zaskoczoną... Poruszę parę z nich, nie po to aby straszyć strasznym porodem, ale dlatego że uważam, że można tą wiedzę dobrze wykorzystać w przygotowaniach do porodu.

Krwawienie poporodowe

Od początku będzie krwawo i nieprzyjemnie. To, że kobieta traci krew w trakcie porodu, to wiedza raczej powszechna. Ale ile można?! Przysięgam, myślałam że się wykrwawię, lało się ze mnie jak z fontanny.. I mało tego, minęły ponad dwa tygodnie i leje się dalej. No może raczej kapie, jak z cieknącego kranu. W związku z tym po porodzie wstawanie stanowi problem, gdyż może robić się słabo. Łóżko niestety będzie wyglądało jak po teksańskiej masakrze piłą mechaniczną. I nic na to nie poradzisz. Należy się zaopatrzyć w podkłady poporodowe - to te olbrzymiaste podpaski - jak je zobaczyłam przed porodem to nie mieściło mi się w głowie, po co aż takie wielkie. Ja polecam podkłady BABY ONO, ponieważ są one bardzo długie, cienkie i mają klej dzięki któremu można je przymocować do bielizny (najlepiej jednorazowej, lub wielorazowej siateczkowej):
fot. aptekagemini.pl


Trochę ponad 6 zł za 10 sztuk - uprzedzam, trzeba zakupić cały karton! Ja na pewno zużyłam już ponad 100, a krwawienie może potrwać nawet do 5 tygodni, więc ilość hurtowa zalecana. Można też zabrać ze sobą podkłady higieniczne na łóżko - szpitale niestety często oszczędzają swoich i ostatecznie leżysz w zakrwawionej pościeli (której również nikt może nie chcieć Ci wymienić..). Ja nie miałam podkładów higienicznych (a szkoda...), ale teraz bardzo mi się przydają do przewijania synka:

fot. aptekagemini.pl

Dolegliwości związane z nacięciem krocza


Szczęśliwe te, których to nie dotyczy! Ta kwestia chyba najbardziej uprzykrza pierwszy tydzień po porodzie, czyli czas do zdjęcia szwów. Przez pierwsze parę dni uniemożliwiają one siedzenie. To znaczy można próbować, na jednym półdupku, ale i tak skończy się bólem. Bardzo pomocna w tym czasie może okazać się specjalna poduszka, tzw. krąg połogowy:

fot. aptekagemini.pl

Wydatek rzędu trzydziestu paru złotych, a komfort funkcjonowania zdecydowanie polepszony, bo ile można leżeć?! Należy też pamiętać, że karmiąc można się poratować paracetamolem przeciwbólowym, czasem naprawdę warto. Podobno dzięki nasiadówce na wywarze z kory dębu rany szybciej się goją - osobiście nie sprawdziłam. Sama stosowałam polewanie krocza Tantum Rosa (w tym celu niezbędna będzie butelka 'z dziubkiem') - ale szczerze mówiąc nie doznałam jakiejś szczególnej ulgi.
fot. aptekagemini.pl
Najbardziej, ale tylko chwilowo pomaga polewanie zimną wodą lub przyłożenie kostek lodu. I byle do zdjęcia szwów - wtedy następuje ulga nie do opisania.


Zaparcia i takie tam..

Przychodzi po porodzie taki moment kiedy należy się najzwyczajniej w świecie wypróżnić.. I się okazuje, że to nie lada wyzwanie. W szpitalu bardzo pilnują oddania moczu, w krótkim czasie po porodzie - pierwszym wyzwaniem jest dotarcie do toalety (mnie samodzielnie się nie udało, miałam podwózkę na wózku..) - jak już dotrzemy do tronu, może się okazać, że strach jest większy niż potrzeba wysikania się. Wszystko jest spięte i obolałe, krew się leje - może być ciężko, ale trzeba się przemóc. Inaczej każą w siebie wlewać hektolitry płynów, aż Cię rozsadzi. Za to jak już raz pójdzie to będzie coraz łatwiej. Gorzej sprawa wygląda z 'dwójką'.. Sama przed porodem prosiłam o lewatywę - ale jak prosiłam to było za szybko, a potem nagle zrobiło się za późno i nie dostałam.. Po porodzie natomiast, w przypadku naciętego krocza, tak się boisz o te szwy, żeby nie pękły, że nie ma szans, żeby się spiąć na tronie! Szwy oczywiście nie pękną (przynajmniej mnie tak zapewniali), ale zamiast się tym stresować to szczerze polecam czopki glicerynowe. 
fot. aptekagemini.pl
Sama się bałam ich użyć i próbowałam się ratować syropkami, które nie zadziałały, ale ponieważ zaparcia mogą się utrzymać jeszcze wiele dni po porodzie, to w końcu byłam zmuszona ich użyć i szczerze żałowałam, że tak długo się męczyłam. Czopek nie boli, a po chwili masz sprawę z głowy. W szpitalu należy jednak pamiętać o tym, że po zastosowaniu czopka może Cię pogonić dosłownie za minutę, a równie dobrze może to chwilę potrwać, a Ty na ten moment gdy będziesz biegła do toalety będziesz potrzebować opieki do dziecka - więc warto się upewnić, że np. współlokatorka będzie mogła przez chwilę zerknąć na Twoje maleństwo.

piątek, 27 grudnia 2013

narodzin cud



Nadszedł czas weryfikacji życzeń porodowych.. Lista wyglądała następująco:


Życzenie nr 1 - urodzić 4 grudnia!
Urodziłam grudnia DWUNASTEGO - ale ostatecznie trzeba przyznać data ładniejsza: 12-12-13.


Życzenie nr 2 - urodzić naturalnie.
Tak, to jedyne życzenie się spełniło i naturalnie urodziłam. A cały poród modliłam się o cesarkę... 


Życzenie nr 3 - żeby nie było potrzeby stosowania znieczulenia.
Mało, że była taka potrzeba, to jeszcze się okazało, że magiczne znieczulenie zewnątrzoponowe może Cię oszukać i wcale nie zadziałać! Wiele godzin czekałam na odpowiednie rozwarcie, modląc się by anestezjolog był w pobliżu, nie zajęty jakąś cesarką czy kawką, w bólach nie do opisania, aby otrzymać ulgę w postaci tego cudu, po którym to niby od pasa w dół się tego bólu nie czuje...  Jak już okazało się, że rozwarcie właściwe, pani doktor łaskawie wyraziła zgodę na podanie znieczulenia, a anestezjolog skończył cesarkę, to zostałam poinformowana, że pani, która krzyczy w pokoju obok ma większe rozwarcie i tym samym pierwszeństwo do znieczulenia. A co za tym idzie, ja znieczulenia mogę NIE DOSTAĆ, bo anestezjolog nie może wykonać więcej niż jednego. Do dzisiaj tego nie rozumiem! Jak to nie może podać znieczulenia więcej niż jednej osobie?! Ale okazało się, że pani przeszła na drugi etap porodu i ze znieczulenia nici. Dostałam je ja. I cóż to było za rozczarowanie, gdy ból nie minął! Przyznam, że na pół godziny była znaczna ulga... A potem jak wszystko wróciło! Nie do opisania... Druga dawka już nie zadziałała... To się podobno zdarza...

Życzenie nr 4 - zacząć rodzić w ciągu dnia.
Mhm... nawet to nie. Bolesne skurcze zaczęły się o 10:00 po teście z użyciem małej dawki oksytocyny. Ale na porodówkę trafiłam dopiero 12 godzin później - o 22:00 i wtedy się wszystko właściwie zaczęło i rodziłam caaaaałą noc, a Synek wyskoczył dopiero o 7:25. Nie wyspała się mamusia...

Życzenie nr 5 - bez wywoływania.
Właściwie to wywoływać mieli dopiero 12-go w ciągu dnia, ale okazało się, że wystarczył test z oksytocyny, żeby wywołać skurcze... A co do przenoszenia, cóż, właśnie miałam zacząć 42 tydzień ciąży...

Życzenie nr 6 - bez nacinania krocza.
Pobożne życzenie... Czy w ogóle ktoś jeszcze chroni krocza biednych rodzących?! Oczywiście w trakcie porodu było mi wszystko jedno co mi nacina i jak bardzo, byle było szybciej... Ale dochodzenie do siebie po takim zabiegu jest nie do wyobrażenia! Dopiero po tygodniu, po zdjęciu szwów, udało mi się usiąść.. Właściwie ze szwami każdy ruch jest bardzo bolesny...


I w ogóle żeby było zajebiście
Nie było. Od razu podkreślam, że tak samo jak ciążę każda ciężarna przechodzi inaczej, tak też poród każda inaczej przechodzi. Dla mnie było to bardzo trudne przeżycie, bardzo bardzo bolesne. Obraz w pamięci wciąż żywy i przerażający. Szanownemu Małżonkowi też nie było łatwo patrzeć na wijącą się w bólach, krzyczącą w niebogłosy, przerażoną żonę. Ale bez niego bym tam umarła, jak nie z bólu to ze strachu... Nie będę wchodziła w szczegóły, bo sama jeszcze nie dojrzałam do powrotu do nich w pamięci, ale zaczęłam uważać, że wyciąganie dzieci prosto z brzucha to nie taki zły pomysł.


A synek? Jest piękny :) Jest moim małym cudem. I chociaż wciąż się docieramy, poznajemy i nie zawsze jest łatwo, pięknie i kolorowo, to jest on moim prywatnym, kochanym, pięknym cudem. I zamiast wracać pamięcią do traumatycznych przeżyć porodowych mam teraz ważniejsze zadanie. Dbać i kochać ten mój mały cud, całkowicie uzależniony od nas, który wywrócił nasze życie do góry nogami.