wtorek, 11 lutego 2014

co zrobić żeby pupil nie zjadł Twojej pociechy?


Nawiązując do poprzedniego tematu, w którym przedstawiam swoje prywatne zoo, pragnę opierając się na własnym doświadczeniu odpowiedzieć na pytanie 'co zrobić żeby pupil nie zjadł Twojej pociechy?'.

Wiele osób, które własnego zoo nie posiadają i nigdy nie wychowywały się wśród zwierząt, albo wychowywali wśród wilków, zadaje mi pytanie: 'czy nie boisz się, że Twój pies skrzywdzi Wojtka?'. Zawsze na to pytanie odpowiadam, że raczej boję się, że to kot miałby ochotę swoją czystą nienawiść do świata przelać na Żabka. Ci, co przeczytali poprzedni wątek rozumieją dlaczego. 

Tak więc żeby kotka Kofi nie miała okazji, aby Żabka poinformować osobiście, że nie podoba jej się Jego obecność poczyniliśmy następujące kroki:
- zamontowaliśmy drzwi w sypialni - coby nie próbowała odwiedzać go w kołysce,
- zabroniliśmy w ogóle do sypialni się zbliżać - reaguje na komendę 'Kofi wyjdź!!!' (co prawda z fochem, ale grunt że wie o co chodzi),
- Kofi w zamian za utratę sypialni przywłaszczyła sobie posłanie Perry w biurze, pozwoliliśmy na to,
- zanim wróciłam ze szpitala mogła zapoznać się z zapachem Żabka (z niechęcią),
- po powrocie ze szpitala mogła się zapoznać z Żabkiem, pod ścisłą kontrolą rodziców - ale nie wykazała zainteresowania tylko czystą ignorancję. Z dwojga złego niech sobie ignoruje do woli. 

Natomiast jeśli chodzi o psa, znaczy sukę, sprawa jest dużo łatwiejsza. Po pierwsze z natury jest łagodna jak baranek. Taka rasa. Takie geny. Taki charakter. Wszystko specjalnie dobrane. Ale nie każdy musi zakochać się w whippetach i nie każdy może sobie przebierać w rasach. Więc niezależnie od usposobienia naszego pupila wypadałoby zapoznać go z zapachem naszej pociechy, zanim ta pojawi się w domu. Ponieważ wiadomo jak witają się psy (Perra jak tylko może to chodzi z nosem w zadku Kofi...), więc najlepsza w tym celu byłaby zasiusiana pielucha. Również wcześniej wypadałoby zapoznać psa z wszystkimi nowymi meblami, które zakupujemy dla dziecka i od razu nauczyć go, że kołyska czy łóżeczko nie jest psim posłaniem, a zabawki dziecka należą wyłącznie do dziecka (niestety nasza Perra tego nie zrozumiała i co chwilę widzę jak ucieka gdzieś z jakimś pluszakiem, żeby się do niego przytulić i zjeść jego guzikowe oczy). 

Największym błędem jaki możemy zrobić wracając ze szpitala, to od razu psa odtrącić od siebie i dziecka. Dajemy mu wtedy jasno do zrozumienia, że jest nowy członek rodziny, a on spadł ze swojej pozycji lidera, jest niepotrzebny i niekochany. Czyż to nie jest przykre dla czworonoga, który do tej pory pełnił funkcję naszego dziecka? Co należy więc zrobić? Jeśli wiemy, że nasz pies na pewno nie odgryzie dziecięcej stópki to dajmy mu ją powąchać, a nawet polizać. Oczywiście sami również okażmy psu uczucie - niech zrozumie, że nastąpiła zmiana, jest ktoś nowy, ale on nie zostanie z tego powodu całkowicie zdegradowany czy niekochany. Psa należy dalej tak samo traktować, nie zaniedbywać spacerów i zabaw. Jakbym się miała trząść, że zaraz w moją sunię wstąpi zło wcielone i rzuci się do gardeł, to tak samo powinnam się martwić nie tylko o Żabka, ale i o siebie, szanownego małżonka, wszystkich gości małych i dużych, no i oczywiście Kofika. Tym sposobem nikt nigdy nie miałby swojego domowego futrzaka, z ciągłego strachu. 

Pamiętajmy, że mimo wszystko NIGDY PRZENIGDY nie zostawiamy zwierząt sam na sam z dzieckiem. Bo nawet jeśli będą chciały się przytulić, to mogą to zrobić trochę nietaktownie... Nie dotyczy to jednak rybek. I żółwi. I co również ważne - chrońmy zwierzęta przez naszą pociechą - często to ona stanowi większe zagrożenie dla naszego pupila, który wpatrzony w tego małego człowieczka pewnie zostanie jego najlepszym kumplem na lata.

niedziela, 9 lutego 2014

domowe zoo

Zaczęło się od kotki. Jeszcze przed ślubem. Decyzja spontaniczna na zasadzie:
- bierzemy kota?
- czemu nie?
Ogłoszenia w gazecie, pierwszy lepszy czarno-biały. To był jeden z warunków. Drugi, że ma być kotka. Dzwonimy, potwierdzamy, jedziemy. Najpierw po mega niepraktyczną torbę do przewożenia kotka (kto by pomyślał, że kotka się roztyje i już do torby nie wlezie - jechała w niej dwa razy. Wciąż ją mam. Ktoś chętny? W kolorze modnej fuksji...). Kotkę odebraliśmy z domu, w którym widać, że kotki pojawiają się regularnie, rodzą w ogrodzie i nikt nawet nie pomyśli, żeby ewentualnie temu zapobiec. Darła paszczę całą drogę. Kofi. Z miłości do kofeiny. Kot prosta sprawa. Stopień odpowiedzialności prawie żaden. Wystarczy, że kot ma kuwetkę i wyprowadzać nie trzeba (zresztą w tym czasie z 3 piętra by daleko nie zaszła). Kuwetki nawet codziennie nie trzeba było zmieniać. Nakarmić, wodę dać i jak szanowna panna będzie miała ochotę to pobawić się, pogłaskać. Czasem weterynarza odwiedzić. Ale Kofi bardzo szybko zaczęła przejawiać niezrównoważenie psychiczne. Chociaż przywiązana do nas, to w stosunku do wszystkich innych osób wykazywała czystą nienawiść. Nazywana 'pomiotem szatana' i chociaż nie lubię szatańskich porównań to muszę przyznać, że coś w tym jest. Jak raz wyjechaliśmy to nawet opiekuna do mieszkania nie wpuściła (poważnie.). Jak goście korzystają z toalety, to się skrada za róg i jak niczego nie świadomy biedak wychodzi z toalety to od razu obrywa po kostkach. Ci co ją znają, omijają szerokim łukiem albo udają martwych. Jak przeprowadziliśmy się do domu, to zaczęła wychodzić. Coraz więcej i coraz dalej. Pomyśleliśmy, że może zechce zwiedzać świat, ale nie chce. Zawsze wraca. ZAWSZE.



Następnie postanowiliśmy podnieść poziom odpowiedzialności trochę wyżej. Pies. A raczej suka. Już po ślubie, Kofik skończyła 3 lata i dalej w świat nie chciała pójść. Tym razem zastanawialiśmy się trochę dłużej. W końcu tym razem rozchodziło się już o spacery - w każdej pogodzie, codziennie, kilka razy. Częstsze wizyty u Weta. No i przede wszystkim stosunek do ludzi odmienny od wszechogarniającej nienawiści Kofi. Ponadto musieliśmy zweryfikować charakter pod kątem dzieci (w końcu była plan, że jak już psa ogarniemy to możemy iść level up!). Szczerze podziwiam ludzi, którzy decydują się na adopcję ze schroniska, ja nie mam tyle odwagi. Kiedyś miałam pomieszanego owczarka niemieckiego, który atakował suki i szczeniaki i takich atrakcji mi wystarczy. Poza tym mam Kofi. Oczywiście potrzebni są ludzie, którzy ratują niechciane czworonogi, ale ja musiałam mieć pewność, jaki mój pies będzie - niestety w przypadku kundelków ze schroniska takiej pewności się nie ma. Bo ani nie wiadomo co pies wcześniej przeszedł, ani nie wiadomo nic o przodkach. I może się to zakończyć jamnikiem o usposobieniu walniętego amstafa, który był torturowany przez gromadę dzieci w wieku od 2 do 10 lat i teraz reaguje nawet gorzej niż nasz Kofik. Do tego uwielbia szczekać całe noce, gryzie wszystko co popadnie i namiętnie naznacza teren w całym domu. Jasne, że można trafić na jamnika aniołka, który wdzięczność za uratowanie będzie okazywał przez całe życie i zostanie najlepszym kumplem Twojego dziecka. Ale jaką masz pewność? Jasne, że biorąc (a raczej kupując...) psa rasowego również nie masz 100% pewności, ale na pewno jest łatwiej przewidzieć jaki pies będzie gdy dorośnie (bo jako szczeniak jest tak samo męczący jak niemowlak i też trzeba w nocy wstawać...). Więc zdecydowaliśmy się na charta angielskiego (whippeta) z zaprzyjaźnionej super hodowli Majesticanis (http://www.majesticanis.pl). Najpierw zapoznaliśmy się z informacją o rasie. Pies wygląda jak jak wychudzona sarenka. A jak biegnie za sarenką to osiąga prędkość nawet ponad 50 km/h. Jak jest w domu to jego prędkość spada do 0. Typowy kanapowiec. Jedna z najłagodniejszych ras, która kocha ludzi. Kocha się przytulać. I kocha leżeć w łóżku. Nigdy na podłodze. I ma wzrok sarenki. Zapoznaliśmy się z historią życia rodziców - doskonałymi biegaczami i towarzyszami swoich opiekunów. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy na miot A, z nadzieją, że będzie suczka, bo pies nie wchodził w grę (wystarczy pomyśleć, o naznaczaniu terenu, no i o tym jak pies się ucieszy... a raczej podekscytuje... fuj!). No i 1 lipca 2012 (w dniu psa!) przyszły na świat - 2 potomki: pies i suka (http://www.majesticanis.pl/miot_info-6.html). Nasza suka! Alba Majesticanis - a po domowemu Perra (czyli hiszpańska suka). Najfajniejsza suka na świecie. Która kocha nas całym swoim psim sercem. Kofika też. Kofi oczywiście obraziła się na cały świat gdy Perrutek zamieszkała z nami, okazując swoją nienawiść na każdym kroku. Po roku się dotarły, teraz Kofik akceptuje Perrę, a nawet czasem się o nią otrze. Perra okazała się super biegaczem wygrywającym coursingi, w domu kanapowiec, który wciąż kocha wszystkich, Żabka też pokochała i chociaż ich kontakt jest jeszcze ograniczony, to wiem, że będą super kumplami. 


Na dziecko, za którego odpowiedzialność skacze do poziomu max - czyli opieka  24h/dobę, częste spacery połączone z nieszczęsnym ubieraniem w milion warstw, częste wizyty u lekarzy na różniaste kontrole, częste podawanie posiłków no i cóż... jak po psie kupy nie sprzątniesz to najwyżej dostaniesz mandat i krzywo się na Ciebie spojrzą. Jak dziecku kupy nie sprzątniesz to masz gwarantowany wrzask aż serce pęka.

Tak więc codziennie ogarniamy nasze małe zoo:
- karmienie Żabka - karmienie Kofi - spacer Perra 
- przewijanie Żabka - wypuszczenie Kofi - karmienie Perra - posprzątanie kuwety Kofika
- zabawa z Żabkiem - drzemka Perry - wpuszczenie Kofika 
- drzemka Żabka - Perra dalej śpi - Kofik obrażony idzie na posłanie Perry do biura

O tym jak przygotować zoo na przybycie nowego członka rodziny będzie można poczytać w kolejnym poście.

wtorek, 4 lutego 2014

butla vs pierś

Już od początku ciąży, jak tylko zaczynamy się interesować naszym stanem, porodem i poźniejszym wychowaniem we wszystkich gazetach jesteśmy otoczone 'kampanią cycka'. Nie podważam faktu, że karmienie piersią jest po względem zdrowia najlepszym rozwiązaniem dla dziecka. Ale, ale. Osobiście przytłoczona tym całym 'halo' w tej kwestii czułam się w obowiązku karmić piersią i wydawało mi się, że to nic trudnego... Potem zaczęły się schody. Zaraz po porodzie przystawienie do piersi nie wydawało się skomplikowane, ale z dnia na dzień było coraz trudniej. Mogłam karmić tylko w jednej pozycji - na leżąco - ze względu na szwy, które niemiłosiernie ciągnęły i uniemożliwiały siadanie. Po prostu dupsko bolało. Żeby tego było mało, to tylko z jednej piersi Panicz raczył jeść. I szczerze mówiąc przystawienie go nawet do tej lubianej zajmowało kupę czasu i nerwów- moich i Jego. A jak już złapał to ja nieruchomiałam jak skała, oczywiście w mega niewygodnej pozycji.. Jak już w niej nie wytrzymywałam i próbowałam ją zmienić to oczywiście puszczał brodawkę, nie mógł jej złapać i krzyyyyk. Jednej nocy bardzo długo próbowaliśmy się nakarmić i w końcu dałam za wygraną i poszłam do położnej z prośbą o sztuczne mleko, bo nie chciałam przecież własnego syna głodzić. Położna zarzuciła mi takie spojrzenie, że wszystkiego mi się odechciało. I zaczął się dialog, który przytaczałam już w innym poście, ale go powtórzę:

- Jak to nie potrafi pani nakarmić butelką?! 

- Nigdy tego nie robiłam, to moje pierwsze dziecko...
- Źle go pani trzyma!
- No to jak mam go trzymać?!
- I nie całą butelkę tylko 20 ml!!'


Jak zgłaszałam swój problem z przystawianiem go do prawej piersi, to dowiedziałam się jedynie, żeby spróbować Go karmić spod pachy. Zajebiście. Tylko po pierwsze nikt nie zaprezentował tego stylu a po drugie dupsko boli - nie wysiedzę.

Po powrocie do domu było jeszcze gorzej. Z jednej piersi w ogóle nie jadł, więc żeby mi nie wybuchła musiałam 4 razy dziennie marnować czas na odciąganie pokarmu (oraz wyparzanie wszystkiego co się da, butelek smoczków, laktatora - tylko brakowało żeby cycka też wyparzać w garze) i potem podawać na zmianę jedną pierś i butlę z moim pokarmem - oczywiście butelką szło łatwo i przyjemnie, a piersią jak krew z nosa.

Następnie przyplątała się depresja poporodowa, wtedy zaczęłam się zastanawiać nad sztucznym karmieniem. Ale wciąż w około słyszałam pytanie czy karmię piersią. Oczywiście wraz z komentarzami, że to najlepsza ochrona dla dziecka i piersią karmić trzeba. Poczułam się więc jak wyrodna matka, gdy postanowiłam przerwać karmienie piersią, by móc przyjąć leki, które doprowadzą mnie do porządku. Chciałam wytrwać w karmieniu piersią miesiąc - żeby być trochę mnie wyrodną matką - i prawie się udało. Pod koniec pierwszego miesiąca udałam się do doktor G. z prośbą o leki na zahamowanie laktacji, aby przestać marnować czas na ściąganie pokarmu. Leki dostałam, wraz z obszerną informacją na temat skutków ubocznych takich jak bóle głowy, mdłości i ataki lękowe - które już miałam, więc przestraszyłam się ich tak bardzo, że w naturalny sposób w ciągu dwóch dni straciłam pokarm. I problem z głowy. Bo prawda jest taka, że nie lubiłam karmić piersią. Stresowałam się, że nie możemy się przystawić. Karmiłam w niewygodnych pozycjach. Często bolało. Cycki nie mieściły się w staniku. I nie sprawiało mi to żadnej przyjemności. O takich rzeczach matki nie mówią. A powinny - żeby mit o wspaniałym karmieniu piersi 

W kwestii bliskości, którą to się buduje karmiąc piersią... W moim odczuciu bliskość między mną a Żabkiem zaczęła się tworzyć właśnie w momencie, gdy odstawiłam go od piersi. Zarówno ja jak i on przestaliśmy się męczyć i stresować karmieniami. Więc nieprawdą jest, że karmiąc butelką nie można się związać z mamą. Już nie wspomnę nawet, że tatuś też ma okazję budować więź karmiąc.

Ponadto ja byłam karmiona piersią dość długo, a w przeciwieństwie do moich koleżanek, które były karmione sztucznie ja zawsze byłam bardzo chorowita, a do tego trochę psychiczna... I wcale nie bardziej inteligentna, ani nie mam lepszych relacji z moją matką.

Dlatego wkurza mnie to całe halo wokół karmienia piersią. Kobieta może wybrać jak jest dla niej i dla dziecka najlepiej i nie powinna być z tego względu napiętnowana. A również mleko początkowe 1, które nie może być reklamowane, ani nie może mieć promocyjnej ceny według mnie jest wręcz dyskryminacją kobiet karmiących butelką.

I jak to mądrze zakończyć? Żabek się rozpłakał, czas na karmienie. BUTELKĄ. I wcale się tego nie wstydzę.




piątek, 31 stycznia 2014

kryzys 6 tygodnia - istnieje naprawdę!

Żabek skończył wczoraj 7 tygodni, a parę dni temu, gdy wciąż był w tygodniu 6, przed 2 doby zachowywał się, delikatnie mówiąc, INACZEJ. A ja byłam, delikatnie mówiąc, poirytowana...

Zaczęło się w nocy (oczywiście, że w nocy!).. Mimo, że pory karmienia mamy stałe, to od tej nocy zaczął się domagać jedzenia wcześniej niż ja miałam to w planie i więcej niż chciałam dać... Tak więc karmiłam go wcześniej i więcej, a mimo to był marudek. Kolejna noc oczywiście nieprzespana, a kolejny dzień jeszcze bardziej marudny...



Nie zostało nic innego tylko wertować wszechwiedzący Internet. Okazało się, że 'TO' co przechodziliśmy w 5 tygodniu (płaczliwość i marudkowatość przez parę dni) to był tzw. skok rozwojowy:
"1 skok – 5 tydzień – wrażenia - Miesiąc drugi życia dziecka
Pierwszy skok zaczyna się już około 5 tygodnia życia, zaraz po ukończeniu pierwszego miesiąca. Jest to moment, w którym nasz noworodek zaczyna się baczniej rozglądać wokół siebie. Wzrok zatrzymuje się na twarzach i przedmiotach, głośne dźwięki wywołują nerwowość, a nawet płacz, także zapach (szczególnie mamy) pełni coraz większą rolę. Zmysły rozwijają się i zaczynają inaczej odbierać docierające do nich wrażenia. To czas, kiedy pojawiają się pierwsze łzy (a nie tylko sam, charakterystyczny, noworodkowy płacz), ale i pierwsze uśmiechy. W tym okresie maluszek potrzebuje spokoju, ograniczenia ilości bodźców, a w przypadku ich nadmiaru – wyciszenia, zwłaszcza przed snem.
" źródło:



A 'TO' co przechodziliśmy w 6 tygodniu to był tzw. skok wzrostowy, inaczej kryzys 6 tygodnia:
"Około 6. tygodnia życia dziecka następuje intensywny skok, zwany „kryzysem szóstego tygodnia”, w którym u maluszka zwiększa się zapotrzebowanie na pokarm. Dzieci karmione piersią domagają się karmienia praktycznie non stop przez jeden lub dwa dni. Laktacja w naturalny sposób się zwiększa, dzięki czemu maleństwo otrzymuje tyle pokarmu, ile potrzebuje, a przerwy między karmieniami wracają do normy. Ten czas najlepiej poświęcić w 100% dziecku, tłumacząc sobie, iż jest to stan przejściowy i szybko minie."



Oczywiście uspokoiłam się, wiedząc o co chodzi (a potem znowu zdenerwowałam jak doczytałam ile jeszcze takich skoków nas czeka... Lepiej chyba nie wiedzieć...). I faktycznie po tych dwóch dniach wszystko wróciło do normy, karmienie o ustalonych porach i marudkowatość co prawda nie zniknęła, bo Żabek to mały Gburek, ale za to uśmiecha się coraz więcej i bardziej!



poniedziałek, 27 stycznia 2014

śnie ukochany... śnie utracony...



Będąc w ciąży, zwłaszcza pod koniec bardzo źle sypiałam.
Po pierwsze: jestem na-brzuchu-sypiaczem, a brzuch urósł dość szybko, więc bardzo ciężko było mi przestawić się na spanie na boku (najlepiej na lewym, a na plecach nie wolno...).
Po drugie: bardzo szybko zaczęło mi doskwierać spojenie łonowe, więc każdy ruch, przekręt powodował znaczny ból.
Po trzecie: co godzinę do toalety...

Więc jak mi mówiono 'wyśpij się póki możesz' to szlag mnie trafiał, bo chcąc nie chcąc wyspać się już nie miałam szans i wychodziłam z założenia, że jak już się synek urodzi, ból minie, będę mogła położyć się na brzuszku i CO NAJWYŻEJ raz w nocy wstać do synka, nakarmić i od razu położyć spać - to będzie o niebo lepiej i wreszcie się wyśpię...

Och jakże naiwna! Teraz już wiem. NIGDY się nie wyśpię.

A wygląda to tak, że sama jakość snu jest dużo lepsza niż w mojej ciąży - nic nie boli i mogę zmieniać pozycje do woli.
Natomiast pierwsze dwa tygodnie po porodzie nie spałam w ogóle. Oczywiście nie da się tyle czasu nie spać w ogóle, ale autentycznie ma się takie wrażenie. W szpitalu wiadomo, co chwilę obce dzieci wyrywają Cię ze snu, nawet jeśli Twoje słodko chrapie - tak jak moja Żaba zmęczona żółtaczką.
Wracasz do domu - dostajesz nawału pokarmu i baby bluesa - wtedy faktycznie jednej nocy nie spałam ani minuty, a potem zombie. Jak już się uspokoisz i dziecko śpi blisko, to najpierw nie możesz zasnąć godzinami (matka czuwająca), a potem się budzisz na każde westchnięcie dziecka (matka czuwająca), więc ostatecznie pół godziny śpisz, pół czuwasz - no i w między czasie godzinami karmisz..
Następnie się przyzwyczajasz do wzdychania i zaczynasz sypiać lepiej, ale dziecko i tak wyrywa Cię ze snu co parę godzin (jak nie minut...), więc zombie nadal..

I tak już do końca świata. Ale, ale... podobno gdzieś na świecie są dzieci, które przesypiają całe noce!
I właśnie do tego (nie)cierpliwie dążymy...

Jak sobie pomóc, żeby nie zwariować?

Ja zaczęłam od wyprowadzenia Żaby za ścianę - tak, tak wyrodna matka - ale od kiedy nie słyszę cichych sapnięć wydobywających się z kołyski ustawionej koło mojego ucha, od razu lepiej sypiam. A płacz słyszę nawet dwa piętra niżej, więc nie ma obaw że nie zareaguję. Kolejnym plusem takiego działania jest fakt, że Żaba od razu przyzwyczai się do swojego pokoju, póki jeszcze nie do końca kuma zmianę. Później mógłby być to dla niego szok - "dlaczego rodzice umieszczają mnie nagle w jakimś ciemnym, dziwnym pokoju, skoro do tej pory spałem u nich?!"

Nie karmiąc piersią można się wspomóc delikatnymi lekami nasennymi - ale takimi, które nie pozwolą nam przespać płaczu dziecka of course.

Bardzo ważne wydaje mi się wprowadzenie harmonogramu, dzieci podobno lubią stały rozkład dnia, w którym mogą wszystko przewidzieć. W naszym przypadku dzień wygląda tak, że Żaba wstaje rano i:
 - karmienie - aktywność - drzemka - karmienie - aktywność - drzemka
cykl 3 godzinny, przy czym drzemka nie może trwać dłużej niż 2 h, bo inaczej dziecko może pomylić sobie dzień z nocą i wtedy w ogóle masakra ze snem.. A jak śpi sobie dobrze już od dwóch godzin - tak, wtedy go budzę, wyrodnej matki część dalsza... No i nie usypiam karmieniem, żeby się Żaba nie przyzwyczaiła, że zawsze przed snem dostaje jeść (wyjątkiem jest ostatnie usypianie i noc).. Przed wieczorną kąpielą pół butelki mleka, po kąpieli drugie pół i spać. O 23 karmienie przez sen (bardzo  łatwe jak się w końcu dziecko nauczy przez sen jeść - Żabek najpierw nie chciał, tak mocno spał, i trzeba było go łaskotać w stópki, żeby ssał. A po 3 dniach się nauczył i teraz ładnie je przez sen i po odłożeniu zazwyczaj się nawet nie budzi. Głodny się robi ok między 3 a 4:30, a potem o 7. Więc i tak, jak wszystko idzie zgodnie z planem to udaje mi się uzbierać w sumie sporo godzin snu (szkoda tylko, że nie w ciągu, ale podobno są gdzieś na świecie dzieci, które budzą się w nocy co godzinę...)

Równie ważna jest kwestia rytuałów, które sygnalizują dziecku, że czas na sen. W naszym przypadku jest to:
- wyciszenie wszystkiego co wydaje dźwięki
- zaciemnienie pokoju
- wyciszenie głosu
- włączenie kołysanki (lubi tylko te z telefonu, więc żegnaj komórko na czas drzemki...)
- 'skrępowanie' w beciku
- 'cichanie' do uszka (w rytm kołysanki na przykład)
- przytulenie na fotelu
- i ewentualnie podanie smoczka w celu uspokojenia (zostaje zabrany po zaśnięciu lub Żaba sama go wypluwa - póki to nie stanowi dla niego problemu i nie powoduje płaczu to jest ok).

Jak Żaba zaczyna odpływać to zostaje odłożony do kołyski, żeby sam już dokończył zasypianie (tak, wyrodna matka...) dzięki czemu uczy się trochę samodzielności.

Kwestia 'krępowania', czyli zawijania w becik czy kocyk, tak aby rączki były unieruchomione wzdłuż ciała, ma tak wielu zwolenników jak i przeciwników. Obserwując Żabka jak próbował spać ze swobodnymi rączkami, nad którymi nie ma kontroli i nawet nie wie, że są to jego rączki, zdecydowałam się zawijać Go ciasno, by owe łapki go nie budziły przykładowo uderzając go po twarzy. Oczywiście Żaba samego krępowania nie lubi, ale jak już łapki ma uspokojone to sam śpi spokojnie. I dopóki nie zacznie nad nimi panować, dopóty będzie zawijany.

Oczywiście nie codziennie jest tak kolorowo i planowo. Już nie raz podczas pobudki nocnej zdarzało mi się walczyć z nim godzinę, nie rozumiejąc powodu płaczu czy marudzenia i niechęci do dalszego spania. I nie raz z drzemki wybudzał się z płaczem i nie chciał dalej spać. I nie raz w ogóle nie chciał skorzystać z drzemki w kołysce i ze zmęczenia zasypiał tylko w bujaczku...

Ale prawdą jest, że dzieci nie płaczą bez powodu, więc trzeba się upewnić, że:
- dziecko nie jest głodne (stosując plan dnia łatwo to określić, jeśli dziecko jadło 3h temu, to może być głodne, ale jeśli jadł 30 minut temu to raczej nie jest głodne..)
- dziecko nie jest spragnione (w przypadku dzieci karmionych butelką należy je dopajać wodą)
- dziecko nie ma kupy (która jest łatwo wyczuwalna bez konieczności rozbierania i rozbudzania dziecka, sam mocz zazwyczaj nie przeszkadza dziecku w tak krótkim czasie)
- dziecku nie jest za zimno/gorąco (sprawdzamy na karku, łapki i nóżki ma prawo mieć zimne 24h/dobę)
- dziecku nie jest niewygodnie (czy na pewno jest dobrze zawinięty, czy nóżki nie wyszły z nogawek i nie utknęły gdzieś w piżamce, czy mu się nie ulało koło główki i nie jest mu tak mokro, itd...)
- jakiś dźwięk dziecka nie wybudził i się nie wystraszyło
- dziecko nie potrzebuje przytulenia
- jest narażone na zbyt wiele bodźców i wrażeń (nawet pluszak może mu przeszkadzać)

I oczywiście nic nie zmienia faktu, że świeżo upieczeni rodzice mają wrażenie, że już nigdy się nie wyśpią... Ale powtórzę, że podobno gdzieś na świecie są niemowlęta przesypiające całe noce - i tego się trzymajmy, do tego dążmy i miejmy nadzieję, że nasze dziecko jest jednym z tych.

A potem i tak dopadnie nas ząbkowanie.... ;-)

poniedziałek, 13 stycznia 2014

1 miesiąc

Z jednej strony pierwszy miesiąc ciągnął się prze-okrutnie i mam wrażenie, że synek jest z nami znacznie dłużej.. A z drugiej dni pędzą jak szalone, ledwo się obudzimy a już jest pora kąpieli i spania. 

W pierwszym miesiącu niewiele się dzieje - tak naprawdę jemy i śpimy - no i dochodzimy do siebie po porodzie...

Krótkie podsumowanie:

Waga mamusi: +2 kg ciążowe - czyli inaczej - 12!
Waga synka: prawie 5 kg - obawiam się, że trochę zaczynam go przekarmiać...
Wózek: JEST! Śliczny Navington Caravel! Spacer na razie był jeden, ale prowadził się rewelacyjnie!
fot. mamaija.pl


Umiejętności: Synek zaczyna się uśmiechać i naśladować naszą mimikę. Poza tym nic szczególnego się nie dzieje, łapki wciąż latają jak chcą, zabawki nie interesują. Lubi siedzieć w bujaczku i patrzeć się w sufit lub na obrazy.
Dolegliwości: Parę razy podejrzewaliśmy kolkę, ale to było chyba zwykłe przemęczenie długim dniem. Ostatnio pojawił się katar i kaszel, po tym jak tata przyniósł do domu przeziębienie - więc z nim walczymy.
Sen: Dla rodziców wciąż za mało :)


piątek, 10 stycznia 2014

baby bluesy

Za Baby Blues odpowiada Państwowa Służba Zdrowia..
Za MÓJ Baby Blues, a raczej prawie-depresję-poporodową odpowiada szpital, w którym rodziłam - jestem o tym przekonana.


Po pierwsze - co to za polityka, że jak mnie zabierają na porodówkę to nie pozwalają przyjechać mężowi - 'bo jeszcze za wcześnie' ?! Dla mnie było w sam raz - wpadłam w histerię przeplataną z bolesnymi już skurczami na godzinę. Wtedy łaskawie zgodzili się żeby przyjechał.



Po drugie - co to za położna krzyczy, że tak się nie oddycha?! Jak nie tak, to proszę pokazać jak, ja jestem pierwszy raz w danej sytuacji, boli jak cholera, ciężko się skupić i pamiętać JAK oddychać. Nie trzeba krzyczeć. Trochę empatii.



Po trzecie - po porodzie podobno przysługuje Mężowi pobyt 3 godzinny w tzw. bocianim gnieździe. Mojego wygonili po pół godziny i od tego momentu zostałam z synkiem sama. Obolała. 'Wykrwawiająca się'. SAMA.



Po czwarte - raz usłyszałam, że nie dostanę świeżego prześcieradła (synek miał wypadek na łóżku...), bo jest niedziela i nie mają tyle wypranych - na szczęście tego dnia wypuścili mnie do domu...



Po piąte - raz usłyszałam zarzut - czemu nie poproszę o świeże prześcieradło, skoro zakrwawiłam to na którym spałam - nawet nie zdążyłam bo jak tylko zakrwawiłam, to trzeba było dziecko przewinąć..



Po szóste: 4 rano, po godzinie płaczu proszę o mleko w butelce, bo nie możemy się nakarmić i instrukcje.

' - Jak to nie potrafi pani nakarmić butelką?! 
- Nigdy tego nie robiłam, to moje pierwsze dziecko...
- Źle go pani trzyma!
- No to jak mam go trzymać?!
- I nie całą butelkę tylko 20 ml!!'


Po siódme:

' - Dlaczego pani nie przemywa pępka?!
- Bo wczoraj pytałam i mi nie kazano... Powiedziano żeby zostawić...
- Nikt pani tak nie mógł powiedzieć!!!"


I mogłabym tak wyliczać w nieskończoność zachowania świadczące o całkowitym braku empatii ze strony położnych i lekarzy... Jakby dodać do tego, że po nacięciu nie da rady usiąść i każdy ruch wywołuje wielki ból, do Ciebie nikogo nie wpuszczą, nawet męża, żeby chociaż na chwilę Cię odciążył, nikt nie pokaże Ci jak przewinąć, przebrać, nakarmić dziecko - wszystko na Twojej obolałej głowie. Ale działasz, pod wpływem adrenaliny i dopiero jak Cię w końcu wypiszą, wrócisz do domu, to zaczyna z Ciebie adrenalina schodzić, a nachodzi coś dużo gorszego... Baby blues, albo nie daj Boże depresja. Oczywiście w tym czasie masz nawał pokarmu, więc oprócz okropnego samopoczucia, płaczu, myślisz że Ci cycki wybuchną. Możesz dostać od tego gorączki i nawet przekonania, że jest tak źle, że zaraz umrzesz. Nie śpisz, każde westchnięcie dzieciątka Cię pionizuje...



I jak dobrze pójdzie, to minie to po paru dniach. W tym czasie bardzo ważna jest opieka najbliższych i wsparcie, które postawi na nogi. Ważne jest zdjęcie szwów, które umożliwi Ci fizyczne funkcjonowanie. I kapusta na cycki. Trzeba sobie uświadomić, że to jest normalne i każda przez to przechodzi. Ale gdyby nie przeszło, należy poradzić się specjalisty, żeby nie doprowadzić do trudniejszej w leczeniu depresji poporodowej.